NIECZYNNE Z POWODU, ŻE ZAMKNIĘTE.

Teatr im. Wiatru i Przestworzy zamyka swą działalność.
Wszystkim widzom dziękujemy za zainteresowanie.


poniedziałek, 5 czerwca 2017

AKT V - Obersdorf

PRELUDIUM


Walti i Borek siedzą w gabinecie i popijają szampana. Atmosfera wzajemnej sympatii i dobrej zabawy, gra cicho muzyka, światło jest przyćmione.

E_A (wpadając gwałtownie do gabinetu): Panowie! co to ma znaczyć?!

Walti (spokojnie): Droga moja, E_A, miła - czemuś nam się tak zjeżyła? Świętujemy razem z Borkiem, to że nie jest już dziś Korkiem.

E_A (marszcząc podejrzliwie brwi): To znaczy...?

Borek (robiąc łyk szampana): To znaczy, że jesteśmy teraz z Waltim najlepszymi przyjaciółmi!

E_A (nieco uspokojona): Dobrze, bardzo się cieszę, ale... Ale co z Turniejem? Pamiętasz, Walti, jak się umawialiśmy? (grozi mu palcem)

Walti (kiwając głową): Cztery akty będą krótkie, by dać oddech skocznej trzódce. Emocji za to będzie bez liku i zwrotów akcji, mój drogi króliku.

E_A (unosząc sceptycznie brew): Nie pij więcej, Walti.

Borek (pojednawczo): Nic się nie martw, mała. Wszystko jest przygotowane na tip-top.

E_A: Trzymam za słowo!

Wychodzi, a Borek i Walti wracają do błogiej chwili relaksu przy szampanie i cygarach.
...bez-tytoniowych, oczywiście!



SCENA 1

Kwalifikacje, miejsce dla lidera. Wank przebiera buty i nagle czuje, że jest obserwowany.

Wank (unosząc głowę): Co, do cho-...

Złoty Ptak: *gapi się*

Wank (podchodząc bliżej): Eee... Dzień dobry? 

Złoty Ptak: *nadal się gapi*

Wank (nagle olśniony): Aaa...! No tak! To przecież pan, panie Ptaku! Bardzo mi miło!

Waha się przez moment, po czym ostrożnie głaszcze Ptaka po złotej główce. Zachęcony faktem, że ten nie oddziobał mu dłoni, przystaje przy nim i pogłaskuje go od czasu do czasu.

Wank: Bardzo pan ładny, panie Ptaku. Z chęcią zabrałbym pana do domu, Panie Ptaku.

Ceneł (podchodząc do boksu lidera, z przekąsem): No, nie wdaje mi się (kiwa głową w kierunku tabeli wyników)

Wank (zwiesza ze smutkiem głowę): Ech, no trudno. Do widzenia, panie Ptaku, miło było z panem pogawędzić!

Złoty Ptak: *odprowadza go wzrokiem*

Ceneł (podchodząc bliżej): Cześć, panie Ptaku! (klepie go po główce) Ładny mamy dzień, prawda? Taki słoneczny! A pan pewni strasznie tutaj marznie, tak stojąc samotnie! Ale spokojnie, na pewno wkrótce ktoś się panem zaopiekuje i weźmie do domu.

Złoty Ptak: *przygląda mu się z uwagą*

Ceneł: U nas na kominku na ten przykład stoi i pański starszy brat! Peter się nim zaopiekował w zeszłym roku i nasz Pan Ptak wcale nie narzeka. Cieplutko mu i wszyscy go podziwiają... (z dumą) A mnie nawet pozwalają go polerować raz w tygodniu, o! I wie pan co, panie Ptaku...

Leyhe (stając za plecami Cene): Moja kolej, wypad, dzieciaku!

Ceneł (oburzony): Ej, ja mam dwadzieścia jeden lat! Prawie...

Leyhe (przyglądając mu się sceptycznie): Nie wydaje mi się, dałbym ci góra trzynaście. Tak czy siak, sio mi stąd, teraz ja prowadzę i to ja będę miał zaszczyt zabawiać pana Ptaka rozmową.

Złoty Ptak: *przygląda się tej kłótni beznamiętnie*

Ceneł (jeszcze bardziej oburzony): No wiesz...!

Technik (podchodząc do nich): Panowie, proszę o spokój. Jesteście na scenie... to jest na skoczni! Nie znacie scenariusza? I tak przyjdzie Kamil i pozamiata, nie macie się więc o co kłó-...

Głos z OFFu (grzmiąc nad całym zeskokiem): CO TO ZA SPOJLERY?! ZWALNIAM PANA, PANIE TECHNIKU!!!

Technik (zerkając w niebo): Ja tylko chciałem dobrze, przepraszam...! (nagle wnerwiony) I MAM NA IMIĘ MIETEK!

Pan Mietek odchodzi zdenerwowany, rzucając w zaspę swój roboczy strój, Ceneł odchodzi naburmuszony, a Leyhe próbuje podjąć konwersację ze Złotym Ptakiem.

Złoty Ptak: *udaje, że go słucha*

Złoty Ptak: *byłoby mi łatwiej rozmawiać, gdyby odlali mnie z otwartym dziobem*

Złoty Ptak: *dalej znosi nudną nawijkę kolejnych liderów*



SCENA 2

Po kwalifikacjach. Kicia siedzi w domku Polaków i smętnie przegląda swojego srajfona. Nagle do domku wpada Pietrek.

Pietrek (rozentuzjazmowany): Ej, Kocie, bo sprawa jest!


Kicia: *apatycznie gapi się w przestrzeń*


Pietrek (orientując się, że coś jest nie halo): Ej, Kocie...? Co jest?


Kicia (jakby do siebie): I na co mi to było...? Trza było się z Prevca naśmiewać? Zemsta najlepiej smakuje na zimno, oj tak...


Pietrek (mocno już zaniepokojony): Ej, serio, Maciek, co jest? Ja się martwię, cholibka!


Kicia (wzdychając ciężko): Ach, Piotrek, Piotrek... śmiałem się z klątwy dwójki imienia Petera Prevca i co? No i mam za swoje! (z niezachwiana pewnością) Skurczybyk rzucił na mnie moją własną klątwę!


Pietrek (wytrzeszczając oczy, przysiada obok): Ale jak to?! Co to za dziwne voo-doo-śmoo-doo?


Kicia: No patrz! (pokazuje mu listę wyników) Piąty! Znowu! W Ruce - piąty, w Klingenthal - piąty, w Lillehammer... no zgadnij?


Pietrek (drapiąc się po brodzie): No w niedzielę na pewno żeś stał na pudle.


Kicia (oburzony): Ale w sobotę byłem piąty!!! Nie wspominam już serii próbnych i treningów. Statystyka nie kłamie - Prevc rzucił na mnie klątwę!


Kicia (po chwili namysłu): W sumie, jakby tak tę jego dwójkę obrócić do góry nogami to wychodzi taka koślawa piątka... Widzisz! To dowód!


Pietrek: Faktycznie...! Ej, ale przełamałeś klątwę, byłeś na pudle, więc o co chodzi?


Kicia: BO DZIŚ ZNOWU BYŁEM PIĄTY! Jeszcze jak cały sezon skończę na piątym miejscu to chyba pójdę się utopić w misce mleka!


Pietrek (zaniepokojony): Ej, spokojnie, stary. Mam coś, co pomoże ci się rozerwać.



Kicia (zaintrygowany): Nooo?

Pietrek: Widziałeś jutrzejsze pary KO?  (Kicia kiwa głową) No więc mamy z Jaśkiem pewien plan...

Pietrek zaczyna szeptać tak cicho, że nie słychać go nawet w pierwszych rzędach, więc przenosimy się do następnej sceny.




SCENA 3

Hotelowy pokój obwarowany linami, na środku materac, w kącie pokoju Kicia na wysokim krześle z megafonem w dłoni.

Kicia: PROSZĘ PAŃSTWA, W NIEBIESKIM NAROŻNIKU - JAAAAAN ZIOOOOOBRO...! ZAWODNIK WAGI KOGUCIEJ!

Ziober zrzuca szlafrok i pręży muskuły, wydaje okrzyk bojowy i staje w niebieskim narożniku.

Kicia: A W NAROŻNIKU CZERWONYM - PIOOOOOTR ŻYYYYYŁA...! RÓWNIEŻ WAGI KOGUCIEJ!

Pieter wpada na ring w podskokach, rechocząc przy tym złowieszczo, zrzuca szlafrok i przyjmuje bojową postawę.

Kicia: ZMIERZĄ SIĘ W WALCE NA PIĘŚCI, ROZSTRZYGAJĄC TYM SAMYM JUTRZEJSZĄ WALKĘ NA SCENICZNYCH DESKACH SKOCZNI SCHATTENBERGSCHANZE...!

Zawodnicy podchodzą do siebie, podskakując dla dodania sobie animuszu, Klimek uderza w gong i walka się zaczy-...

Głos z OFFu: Chwila, moment, STOP. Co to ma wszystko znaczyć?

Kicia (wciąż przez megafon): NO BO POMYŚLELIŚMY, ŻE FAJNIE BĘDZIE...

Głos z OFFu (przekrzykując go): ODŁÓŻ TEN MEGAFON, KOCIE!!!

Kicia (posłusznie odkłada megafon): Pomyśleliśmy, że fajnie będzie sprawdzić, który z nich ma większe szanse jutro. Żeby wiedzieć, co obstawiać w zakładach. Wiesz jak słabo płacą za piąte miejsca? Jak nie obstawię dobrze jutrzejszych wyników, to nie będzie mnie stać na prezent dla papy  i Kuba znowu okaże się tym fajniejszym synem (robi smutną minkę). Bądźże człowiekiem, głosie z OFFu!

Głos z OFFu materializuje się w postaci E_A.

E_A: No, dobrze, będę człowiekiem. Ale na krótkofalówki Hofera, ŻADNEGO BICIA. Mamy za mały budżet i nie stać nas na makijażystki, które by wam potem siniaki maskowały. 

E_A (pod nosem): Na porządnych aktorów też nas nie stać....

Kicia (pojednawczo): No dooobra, to oni się tylko zważą, zamarkują kilka ciosów i będzie, co?

E_A (po namyśle): Niech będzie. ALE ŻEBY MI TO BYŁO OSTATNI RAZ!

Kicia, Pietrek, Ziober i Klimek (smętnie, jednym głosem): No, doooobraaaaa...

E_A znika, a panowie kończą kręcić materiał i wrzucają go na Fejsbóka.



SCENA 4


Przed konkursem, operator kamery (ale nie ZPKamerman!) łapie zawodników i kręci materiał do pokazania przed pojedynkiem. Przegląda listy startowe, sprawdzając kogo jeszcze musi nakręcić.

Kamerzysta (pod nosem): Kogo my tu jeszcze mamy...? Moment, moment... Tak, Ceneł Prevc i Klimek Murańka, gdzie oni są? (rozgląda się dookoła)

W tym momencie zza zakrętu wyłania się truchtający Ceneł. Kamerzysta podbiega do niego.

Kamerzysta: Stój, nie ruszaj się! Kręcimy materiał!

Ceneł robi przestraszoną minę i zamiera w pół kroku.

Ceneł (sapiąc): Ale... że... co...?

Kamerzysta: Jeszcze potrzeba mi Murańki (rozgląda się i dostrzega go rozciągającego się nieco dalej) Nie ruszaj się, zaraz wracam.

Podbiega do Klimka i ciągnie go za rękaw w stronę Cene.

Kamerzysta: Cudownie, wspaniale! Niesamowite, idealne!

Klimek (zdezorientowany): Ale, że co?

Ceneł: No właśnie też chciałbym wiedzieć.

Kamerzysta (nadal w uniesieniu): To jest to! W końcu jakiś ciekawy pojedynek. Dwóch przedszkolaków w walce jeden na jednego!

Klimek: PRZEDSZKOLAKÓW?!

Ceneł: PRZEDSZKOLAKÓW?!

Kamerzysta: Pomysł Piotrka i Janka był fajny, ale przecież takie urocze dzieciaczki, jak wy nie będą się bić, nie? Może zatem... konkurs, który z was ma więcej zabawek? Albo pluszaków? Hm, co wy na to?

Klimek: Nie. Ma. Mowy.

Ceneł: Absolutnie nie.

Kamerzysta: Ej, chłopaki, serio. Tak młodo wyglądacie, to się dobrze sprzeda! Zgódźcie się na coś, bo inaczej Hofer mnie zabije za małą oglądalność. O tej jego asystentce nie wspominając.

Głos z OFFu: JA TO SŁYSZĘ!

Kamerzysta: To dobrze, bo przy okazji pragnę zauważyć, że mam imię!

Głos z OFFu: Jakie?

Kamerzysta: Zbyszek. Poprawisz w scenariuszu?

Głos z OFFu: Dobra, załatwione.

Zbyszek: Dzięki! (do Cene i Klimka, szeptem) Widzicie, jaka ona jest? Bądźcie ludźmi, chłopaki! Co ja zrobię, że wyglądacie jak pięciolatki i widzowie oczekują bitwy przedszkolaków?

Klimek i Ceneł przyglądają się sobie uważnie.


Klimek: No doooobraaa...

Ceneł: ...możemy zagrać w kamień-papier-nożyce.

Zbyszek (uradowany): Cudownie! To pędzę po kamerę!

Oddala się w podskokach, Ceneł i Klimek znów zerkają na siebie.

Klimek: Wiejemy?

Ceneł: Wiejemy!

W trymiga znikają z zasięgu wzroku.




SCENA 5

Trwa pierwsza seria konkursowa, do skoku przygotowuje się Wellinger. Zasiada na belce, poprawia gogle, a Werner daje mu znak chorągiewką.

Wellinga (buńczucznie): To ja wam teraz wszystkim pokażę! Rekord skoczni jest mój! I to z telemarkiem!

Odpycha się od belki i oddaje skok, który jednak nie jest dłuższy od oficjalnego rekordu skoczni. Zrezygnowany przysiada na tyłach nart i wzdycha.

Wellinga: Mam już tego dość! Rzucam te całe skoki i zmieniam dyscyplinę na... (rozgląda się w poszukiwaniu natchnienia). O, wiem! Na saneczkarstwo. To jakoś tak szło...

Zaczyna odpychać się rękami od ziemi i dojeżdża w ten sposób do brzegu areny skoczni.

Sevik (przyglądając mu się podejrzliwie): Welli, bracie w skocznym fachu, co ty czynisz, dziecko?

Wellinga (unosząc wysoko nos): Już nie jestem skoczkiem! Jestem saneczkarzem!

Znienacka za ich placami pojawia się Seppcio.

Seppcio (autorytarnym tonem): Na skoczni panuje zakaz używania jakiegokolwiek sprzętu poza nartami, butami, kaskami, goglami, rękawiczkami i kombinezonami!

Sevik (cichutko): A bielizna...?

Seppcio (ignorując go): Jeśli zaraz pan nie zaprzeczy posiadaniu sanek, będę musiał pana zdyskwalifikować, panie Wellinger!

Wellinga (przerażony): Nein, nein, nein! To ja już zostanę przy byciu skoczkiem, obiecuję! I przysięgam, już nigdy żadnych sanek!

Seppcio (zadowolony z siebie): No! Ładnie by mnie Walti zrugał, że kostiumów nie dopilnowałem! (do siebie) Ale meh, żadnej dyskwalifikacji? Trzeba to zmienić...

Rozgląda się w poszukiwaniu nowej ofiary, zostawiając Niemców samych sobie. Nagle jego wzrok pada na Dimę.

Seppcio: Pan Wasiljiew? Halo, panie Wasilijew? (wyciąga zza pasa miarkę i macha nią wymownie)

Dima (zerkając na niego wilkiem): Szto eta?

Seppcio (radośnie): No, mierzymy się, szybciutko.

Dima: Ja nie panimaje, szto ty gawarisz.

Seppcio: Nie mam pojęcia, co mówisz, mój drogi, ale jeżeli nie pozwolisz się zmierzyć, to będzie mała dyskwalifikacja. Liczę do trzech, dobrze? Raaaaz...

Dima: *patrzy na niego niewzruszony*

Seppcio: Dwaaaa...

Dima: *wzdycha i ostentacyjnie wyciąga spod kombinezony piersiówkę*

Seppcio: Dwa i pooooooół...

Dima: *pociąga solidny łyk i kicha donośnie trzy razy pod rząd*

Seppcio: Dwa i trzy ćwieeeeerciiii...

Dima: To dyskwalifikujesz mnie pan, czy nie?

Seppcio (oszołomiony): To ty jednak mówisz w jakimś ludzkim języku?!

Dima (wzruszając ramionami): Ludzki, nie ludzki. To z wami się na trzeźwo dogadać nie idzie. Dyskwalifikujesz mnie i mogę iść na coś mocniejszego, czy jednak mam robić z siebie latającego wariata?

Seppcio (zerkając tęsknie na jego piersiówkę): W suuumie... Im mniej was skacze w drugiej serii tym szybciej skończymy i wrócimy do hotelu, nie?

Dima kiwa głową. Seppcio z trzaskiem składa miarkę, wsadza ją za pasek i przyjmuje najbardziej galową minę.

Seppcio: BIB NUMBER 34 DISQUALIFIED DUE TO (zawiesza się, szeptem do Dimy) Due to co?

Dima: Due to jestem nietrzeźwy.

Seppcio (przegladjąc papiery): Nie mam takich wytycznych.

Dima: Więc do dupy takie wytyczne.

Seppcio: Może doping?

Dima (wywracając oczami): Dawaj galoty, wszystkim to dajesz, jak leci przecież.

Seppcio: Okej (ponownie doniosłym tonem) ...DUE TO SUIT.

Dima (z zadowoleniem): No, to teraz fajrant.

Oddala się, podśpiewując z zadowoleniem pod nosem.




SCENA 6

Trwa druga seria konkursowa, Simmi smętnie siedzi na ławce i bawi się sznurówkami buta. Podchodzi do niego Nori i przygląda mu się współczująco.

Nori: Wszystko w porządku, młody?

Simmi (markotnie): Zdaje się, że Orzełek znowu mi odleciał sprzed nosa.

Nori: Masz motywację, by skakać za rok.

Simmi (kwaśno): Mówię to sobie od dziesięciu lat. Za kolejne dziesięć chyba będę z balkonikiem skakał i nadal do Orła nie doskoczę.

Nori: No wiesz, niektórzy skaczą w takim wieku i balkonik wcale nie jest im potrzebny.

Simmi (z pokorą i szacunkiem): Wybacz, sensei. Ale to chyba nie dla mnie.

Nori (po chwili namysłu): Chodź, ze mną (prowadzi go w kierunku boksu lidera). Widzisz tego Orła?

Simmi kiwa głową.

Złoty Orzeł: *skłania łepek przed senseiem Kasai*

Nori: Jeden taki będzie twój. Jestem tego tak pewien, jak tego, że poskaczę jeszcze trzydzieści lat!

Simmi: I pewnie jeszcze rozłożysz na łopatki mojego syna, nie?

Nori: A jak się postram to i wnuka. To jak? Nie poddajemy się?

Simmi: No ba! (zwracając się do Orła) Do zobaczenia w przyszłym roku!

Odwraca się, dziękuje Noriemu za rozmowę i odchodzi podniesiony na duchu.
Nori z uwagą przygląda się Złotemu Orłowi.

Nori (z namysłem): Jeszcze nie w tym roku, mój drogi. Teraz walczę o Plastikową Kulkę. To bardzo prestiżowa, choć paradoksalnie bardzo młoda nagroda. Nie może jej zabraknąć w mojej kolekcji.

Odchodzi, odprowadzany czujnym wzrokiem Złotego Orła.


Złoty Orzeł: *w sumie mógłby zostać moim właścicielem, sympatyczny jest. No i jeszcze mnie w Japonii nie było*

Złoty Orzeł: *rozgląda się*

Złoty Orzeł: *wymarzłem tu już trochę. Czy ktoś mnie może wziąć do hotelu? A potem do Ga-Pa?*

Odpowiada mu cisza i pokrywa go coraz grubsza warstwa padającego śniegu.




POSTLUDIUM

E_A siedzi przy biurku i przegląda papiery, nanosi poprawki na scenariuszu, rozlicza kosztorysy, projektuje kostiumy, mówiąc krótko - robi wszystko.

E_A: Orzełek potrzebuje ochrony. Po pierwsze, ktoś może go porwać, a po drugie moknie, marznie i markotnieje. Maskotka Turnieju nie może mieć kataru przecież!

Zapisuje coś w notatniku i szkicuje kapelusz z parasolką w rozmiarze "Złoty Orzeł". Dalej przegląda papiery.

E_A: Seppcio powinien uaktualnić dokumentacje, bo ten "suit" robi się już nudny. No i musi wyrabiać normę, ale, na wąsy Małysza, nie za wszelką cenę!

Skrobie kolejną notatkę, spina kilka kartek, wpina do segregatora, robi łyk kawy.

E_A: Przydałoby mi się trochę przerwy... Ale przecież Walti sam sobie nie poradzi. Borek tym bardziej. Ani Seppcio. Meeeeh. Kto wymyślił ten cały Turniej? Przecież jeden dzień odpoczynku to stanowczo za mało!

Wzdycha ciężko i stawia ostatnią kropkę w notatniku, po czym bierze czystą kartkę i robi notatkę dla Waltiego.

E_A: Dzisiaj ci się upiekło, Walti. Ale w Ga-Pa koniec luzów, nie będę wszystkiego za ciebie załatwiać. Nawet krótkofalówki ci wypolerowałam!

Wstaje i ogarnia wzrokiem gabinet.

E_A: Ech, a to nawet jeszcze połowa nie jest...

Wzdycha ciężko i wychodzi z pomieszczenia.




KONIEC AKTU V





No i zaczęliśmy maraton.  Maraton, podczas którego umrę śmiercią tragiczną, ja Wam to mówię!
Ale w międzyczasie idę pokonwersować z Panem Ptakiem. Tylko on jeden mnie tu rozumie, ot co!
A poza tym, musi przymierzyć parasolkę, o!
PS: Nie mam pojęcia, kiedy następny akt, bo nie mam kiedy go napisać. Walter ma poślizgi, bo mu krótkofalówki zamokły.
I jak ja mam pracować w takich warunkach, no jak?!

***&***

Źródła gifów: 1) le ja; 2) poleagles.tumblr.com

poniedziałek, 29 maja 2017

AKT IV - Engelberg

PRELUDIUM

Borek: Walter? Halo, czy ktoś widział Waltera?

E_A: Zdaje się, że się przede mną chowa.

Borek (zdziwiony): Czemu niby?

E_A (wzdychając): Po tym, co odhoferował w Lille? Lepiej, żeby mi się na oczy nie pokazywał.

Borek (zasmucony): Ech, mam wrażenie, że mnie nie lubi.

E_A (zerkając z ukosa): Jeszcze się do ciebie przekona, Borek. Bo widzisz... on za Mirkiem tęskni. Łączyła ich, jakby to powiedzieć... specyficzna więź.

Borek (marszcząc brwi): To znaczy? Chwila, czy ty chcesz powiedzieć...

E_A (obronnie wznosząc ręce do góry): Nie, nie, nie, absolutnie! Nic z tych rzeczy! Jedyną miłością Waltiego są jego krótkofalówki! Mirek to taka jego bratnia dusza. Chyba boi się, że zdradzi jego pamięć zbytnio zaprzyjaźniając się z tobą.

Borek (żałośnie): A ja tak się staram!

E_A (poklepując go po ramieniu): Porozmawiaj z nim, wyjaśnij, co czujesz (kiwa głową ze współczuciem). Należy ze sobą rozmawiać, to ważne.

E_A (po chwili zastanowienia): Na pewno nie będzie łatwo, różnica pokoleniowa jest duża, a tobie daleko do wywalczenia karty członkowskiej klubu 50+ ...

Borek: A to nie było 500+?

E_A (wywracając oczami): Ty się z Hoferem lepiej o pińcet plus nie staraj, to sztuka, nie "Moda na Sukces"!

Borek: O właśnie! Zaczynamy?

E_A: Bez Waltiego?

Borek (wzrusza ramionami): Sama powiedziałaś, że nie chcesz go widzieć.

E_A: Dobra, jedziemy. Światła! Kamery! Akcja!



SCENA 1

Kończą się kwalifikacje, Dejvi stoi na miejscu lidera i przestępuje z nogi na nogę.

Dejvi (niecierpliwie): Noo... kończcie już! Pizga, pizga niemiłosiernie. Dajcie mi już ten czek, buziaczki, machanko do kamery i wracamy do hotelu na herbatkę z prądem, należy mi się, nie?

Pietrek: Cichaj, młody, jeszcze tylko paru i dostaniesz te swoje kwiatki i inne sratki. Na co ci to badziewie?

Dejvi (z politowaniem): Z wygranie kwalek płacą extra!

Pietrek (otwierając szeroko oczy): Serio?! Teraz mi to mówisz? Jakbym wiedział, to bym się bardziej starał! Na prezenty dla dzieciaków by było!

Dejvi (z wyższością): Widzisz? Trzeba myśleć biznesowo, a nie to, co ty. Skaczesz bezmyślnie i w ogóle z tego pożytku nie ma!

Pietrek (grożąc mu palcem): Ty się tak, młody, nie rozpędzaj...

Hajbek staje obok i chrząka znacząco.

Hajbek: *bełkocze coś po niemiecku*

Pietrek: Hę?

Dejvi: Hę?

Hajbek (wzdychając ciężko): Dat yz maj plejs. (pokazuje na boks lidera) Aj em e łiner.

Dejvi (zerkając na Pietrka niepewnie): Co on gada?

Pietrek (wzruszając ramionami): Może mu się twoje buty spodobały?

Dejvi (unosząc wysoko stopę, Hajbekowi pod nos prawie): Tak myślisz...? (do Hajbeka) Fajne są, co nie?

Hajbek kręci z politowaniem głową i ciągnie Dejviego na bok. Ten się wzbrania, a Austriak pokazuje mi tabelę wyników.

Dejvi (rozpaczliwie): Pieeeetreeek...! Cho no tu, bo ja chyba oślepłem!

Pietrek (podbiega zaniepokojony): Co się stało?

Dejvi (wskazując na tabelę, żałośnie): Dlaczego tu pisze, że jestem drugi?

Pietrek: Boo... jesteś?

Dejvi: To... to nie będzie kwiatków? Nie będzie machania do kamery? Nie będzie pinionszków?

Pietrek: Ano nie będzie.

Zamyka go w pokrzepiającym uścisku, Dejvi roni kilka męskich łez wprost na materiał jego kadrowej kurtki.




SCENA 2

Po kwalifikacjach, Goran udziela wywiadu, nagle od tyłu zachodzi go schodzący ze skoczni Kamil i klepie po łopatkach.


Janus: E, co to za spoufalanie się?

Kamil: Dobrze mi się skoczyło i czekam na pochwały, a wszyscy trenerzy gdzieś daleko (smutna minka).

Janus: Ech, no dobrze. (klepie go po kasku) Ładnie, Kamilu, ładnie. Papa Goran jest dumny! Przynajmniej z ciebie, bo z tych moich buloklepów pożytku zbyt wielkiego nie ma.

Kamil: A Prevc?

Janus: Ale który?

Kamil (skonsternowany): Aaa... to ich jest więcej?

Janus: Bez liku! Demon jeszcze sobie radzi, ale szalone toto i nieusłuchane, więc nie ma w tym mojej żadnej zasługi. Ceneł furory nie robi, miał brać z braci przykład, ale za bardzo nie ma się na czym wzorować, a Prevc najstarszy... ech, szkoda gadać.

Kamil: To może... może ja bym z nim tak porozmawiał troszeczkę, co? W końcu kumpel ze skoczni, a słowiańska brać winna się trzymać razem, nie? Może mu to trochę humor poprawi i lepiej mu się będzie tu latać?

Janus (ucieszony): Tak, tak! To świetny pomysł! Biegnij do niego, a ja wracam do dziennikarzy.

Klepie Kamila raz jeszcze po plecach i w o wiele lepszym nastroju odwraca się w kierunku błyskających fleszy.




SCENA 3

Końcówka sobotniego konkursu, Cene siedzi markotny na ławce i nieśpiesznie przebiera buty.

Ceneł (do siebie): Ech, i na co mi to było? Tyle treningów, tyle przygotowań, pakowania, szukania skarpetek po szufladach, znoszenia docinek Demona... I co? I jeden punkt, JEDEN!

Wzdycha ciężko i wpatruje się w skocznię, gdzie na belce zasiada Prevc (ten najstarszy, oczywiście!). Ten ostatni bierze głęboki oddech i przygotowuje się do skoku.

Prevc (pod nosem, odpychając się od belki): Męczy mnie już to całe skakanie. (wybija się z progu) Serio, przydałaby mi się jakaś drzemka teraz (szybuje nad zeskokiem). Nawet w tej chwili, bo naprawdę już nic mi się nie chce.

Narty dotykają zeskoku, a Peter pada jak ścięty toporem z głośnym chrapnięciem zsuwa się po zeskoku pogrążony już w głębokim śnie.

Ceneł (przerażony): Rany, brat!

Demon (na górze skoczni): Rany, brat!

Publiczność na skoczni: !!!

Publiczność przed TV: !!!

Medycy: *biegną pośpiesznie i sprawdzają czy wszystko w porządku*

Prevc (podnosząc się z ziewnięciem): Ech, nawet pospać człowiekowi nie dadzą... Widział ktoś moją drugą nartę? (rozgląda się dookoła, po czym wstaje i schodzi z areny skoczni).

Ceneł: Ej, na pewno nic ci nie jest? Martwiłem się!

Prevc: Eee, zdrzemnąć się chciałem. A tobie jak poszło?

Ceneł (ze smutkiem): Dziś tylko punkta zarobię, słabo, nie?

Prevc: Oj tam, oj tam. Od czegoś trzeba zacząć. (ciszej, konspiracyjnym szeptem) Ale Demonowi nie mów lepiej, bo się będzie z ciebie nabijał do końca życia.

Ceneł (kwaśno): Wiem, niestety. Ale skoro nam nie poszło, to może spokojnie wskoczyć na podium, mama się nie zdenerwuje. (z nadzieją) A wtedy może nawet nie zauważy...?

Prevc (z politowaniem): Łudź się dalej, ta mała bestia jest pamiętliwa.

Patrzą na siebie porozumiewawczo i jednocześnie wzdychają ciężko, po czym zerkają w górę skoczni, by obserwować lot najmłodszego z braci.




SCENA 4

Po konkursie, podiumowanie. Na pierwszym miejscu Hajbek, na drugim Demon, a na trzecim...

Demon (pyszałkowato): E, a ty to kto?

Hajbek: *odchrząkuje znacząco i daje młodemu znaki dymne*

Kofi (patrząc z wyższością na młokosa na wyższym stopniu podium): Ty sobie, młody, lepiej nie pozwalaj... Mógłbym być twoim ojcem!

Demon: Eee, raczej nie. Mam zdecydowanie ładniejsze oczy. Kiepska pula genowa, raczej podziękuję. Skąd żeś się tutaj w ogóle wziął? Nie kojarzę cię, człowieku.

Hajbek (pod nosem): Borze zielony, co za sezonówka...!

Kofi (urażony): Za czasów mojej świetności, jeszcze cię na świecie nie było, szczylu. Tylko dlatego wybaczę ci twoją impertynencję.

Demon (pokasłując): Heh, no właśnie widzę, żeś trochę zakurzony...

Kofi (wzdychając ciężko): Nie ma na podium człowieka trochę ponad dwa lata, a tu taki upadek obyczajów...! Ach, ta dzisiejsza młodzież!

Demon prycha niewzruszony, Hajbek kręci z rozczarowaniem głową, a Kofi przestaje zwracać uwagę na rozkapryszone młode pokolenie skakajców i napawa się swym powrotem do glorii i chwały.




SCENA 5

Po konkursie, domek Polaków. Z oddali dobiegają dźwięki dekoracji, Dejvi i Kicia siedzą i bez słowa popijają wodę z bidonów.

Dejvi (z westchnienim): Ale spaprałem, Maciek, normalnie kaplica.

Kicia (z filozoficznym wyrazem mordki): Ano spaprałeś, Dejvi. Podiuma mogłeś mieć, a tu taka klapa. Bęc na bulę.

Dejvi (markotnie): Weź mi nawet nie mów... Jak ja się w domu matce na oczy pokażę? Przecież to wstyd i hańba! Taką okazję zmaścić! I jeszcze trener mnie za uszy wytarga, bo mu plan progresji osiągnięć zaburzyłem.

Kicia (pocieszająco): E, jutro też jest dzień. Odbijesz sobie. I te kwalki wczorajsze i ten dzisiejszy regres. Jeszcze pokażesz, kto jest królem skoczni!

Dejvi (nieco radośniej): No! Taki awans mi by się przydał, jak ten twój dzisiejszy. Dwanaście miejsc! To dopiero coś!

Kicia: Pamiętaj, że jedno twoim kosztem.

Dejvi: No, dobra, to jedenaście, ale to i tak świetny wynik! Jak to zrobiłeś, przyznaj się!

Kicia (nagle nieco speszona): Eee... nic specjalnego....

Dejvi (zaciekawiony): No dalej! Mów! Nikomu nie powiem!

Kicia (z ociąganiem): No bo... rozmawiałem z trenerem, że tak jakby parcia na hilsajz nie mam. No, odpycha mnie od tej linii, jakby tam kto szpilki rozsypał. No, a on mi na to, że ma na to radę. Poszedł na dół, wziął coś z auta, przespacerował się po hilsajzie no i... No i mi wyszło.

Dejvi (z oczami jak pisiont groszy): No ale co to za czary?!

Kicia: *mamrocze coś pod nosem*

Dejvi: Co?

Kicia: *mamrocze coś jeszcze mniej wyraźnie*

Dejvi (zirytowany): Mówże normalnie, Kocie!

Kicia (najeżony do granic możliwości): KOCIMIĘTKĘ MI TAM ROZSYPAŁ, DO CHOLERY!

Dejvi wytrzeszcza oczy, a potem spada z ławki, turlając się ze śmiechu po podłodze przez następne piętnaście minut. Kicia strzela focha i nie odzywa się do niego do końca dnia.




SCENA 6

Konkurs niedzielny, Vojtech Stursa przygotowuje się do swojego skoku i nagle słyszy konspiracyjny szept Niemców.

Sev (szeptem): Panowie, mam dla was tajną informację. (jeszcze ciszej) ZPKamerman prawdopodobnie wrócił!

Kofi (wykazując nagłe zainteresowanie): Czy ja dobrze słyszę, mój bracie w szwabskiej mowie? ZPKamerman tu jest?

Sev (mocno zaniepokojony): Tak słyszałem. Trochę obawiam się o swoje życie, szpiegował mnie ostatnio, pewnie chce mnie porwać!

Kofi: Może powinieneś przedsięwziąć jakieś środki ostrożności? Jakieś manewry sabotażowe...? Może...

Głos z OFFu: Panie Stursa! Pan już od dawna ma być na scenie! Tfu! Na belce znaczy się!

Młody Czech pośpiesznie zbiera manatki i reszta rozmowy mu umyka. Zasiada na belce i oddaje przyzwoity skok. Kiedy składa narty, nagle czuje na sobie czyjś wzrok.

Vojtech: AAAAAA...! ZPKamerman! A masz! (rzuca w niego nartą)

Kamerzysta (zasłaniając się kamerą): Co, do cho...lewki jasnej?!

Vojtech (ściągając gogle i przyglądając się uważniej): O kurczę, przepraszam! Pomyliłem pana z ZPKamermanem! Błagam o wybaczenie!

Pośpiesznie zbiera narty i ucieka przed srogim wzorkiem kamerzysty, który wcale, a wcale nie ma nic wspólnego ze Złym Panem Kamerzystą.
A przynajmniej tak twierdzi.



SCENA 7

Koniec konkursu niedzielnego, Prevc i Walti popijają kawusię w przytulnym boksie i z zadowoleniem wpatrują się w listę wyników.

Walti: No, powiem panu, panie Prevc...

Głos z OFFu (znacząco): EKCHEM.

Walti (wywracając oczami): Doprawdy, scenarzystko ma miła? Nic żeś się przez ten tydzień nie zmieniła?

Głos z OFFu: Nie ma fuszerki, Walti. Jak rymujemy, to rymujemy. A gdzie żeś się przez cały weekend teraz podziewał w sumie, hę?

Walti (poirytowany): Zbliża się czas iście ważny, temat to bardzo poważny. Turniej przygotować trzeba gibko, powróciłem jednak szybko. Korek mi zawracał głowę, ja się rozdwoić nijak nie mogę.

Głos z OFFu (podejrzliwie): Coś kręcisz Walti. Prawie jak wiatr w Kuusamo... (zerka do scenariusza) To jest Ruce, oczywiście, że Ruce! Weźże pogadaj z tym BORKIEM, a nie Korkiem i pamiętaj o rymach. Ja zmykam już, bo mam parę spraw do załatwienia. Poradzisz sobie z ostatnimi scenami? I postludium?

Walti: Nie kłopocz się, proszę - ja tę odpowiedzialność uniosę.

Głos z OFFu: To ja lecę, paa...!

Prevc (odzyskując zdolność ruchu): Halo, panie Hofer? Mówił pan coś?

Walti (wracając do rzeczywistości): Tak, owszem powiedzieć coś chciałem, lecz prawie o tym zapomniałem. Myślę, że wyniki dzisiejsze są zadowalające, a efekty naszej współpracy iście obiecujące!

Prevc (krzywiąc się nieco): Wolałbym, by obejmowały one wyższe miejsca niż trzydzieste trzecie.

Walti (wzniosłym tonem): Jeśli o chodzi o artystyczne walory, jestem bardzo zadowolony. Klamra Prevcowa ponownie zaistniała, publiczności dostrzec się dała. Niuanse takie są bardzo wskazane, rzekłbym nawet, że wymagane.

Prevc (przyglądając się liście wyników): Demon z rekordem skoczni, wygraną, kwiatkami i hajsem na cukierki i kablówkę... Nieźle się nasłucham od mamy. Ale za to Ceneł z kolejnymi punktami. Pojedynczymi więc znowu będzie mi jojczał przez całą drogę do domu. (wzdycha) Ale klamra jest, to fakt. Co za dużo, to jednak nie zdrowo. Myślę, że czas na jakąś zmianę.

Walti (nagle bardzo blady): A zatem zrywa pan umowę, szanowny panie? Czy pan wie, co się teraz z nami wszystkimi stanie?

Prevc (wzruszając ramionami): Pewnie znajdziecie inny sposób na podniesienie jakości artystycznej. Ma pan od tego przecież ludzi, nie...? Dobra, ja uciekam, muszę brata pocieszyć jednego, a utemperować drugiego. (podnosi się z krzesła) Miłego wieczoru, panie H.!

Walti (patrząc na zamykające się za Prevcem drzwi): Zostawili mnie samego, nie przeżyję chyba tego. Nie wiem czy dam radę udźwignąć to brzemię, choć ponoć potencjał we mnie wciąż drzemie.

Popada w zamyślenie i wpatruje się w okno, powoli popijając kawę i przeglądając scenariusz.




SCENA 8

Polacy przysypiają w busie w drodze do domu. Kicia standardowo wisi na telefonie, przegląda różne Fejsbóki i inne Instagramy. Nagle trąca Kamila w ramię.

Kicia: E, Kamil!

Kamil (otwierając jedno oko): Hę?

Kicia (lekko oburzony): Wyprzedziłeś mnie! To ja byłem czwarty!

Kamil (nadal nic nie rozumiejąc): Ale o co ci chodzi?

Kicia: No w generalce! Czwarty byłem, a ty szósty. A teraz jest na odwrót! Patrz! (podtyka mu telefon pod nos).

Kamil przecierając zaspane oczy, przygląda się tabelce. Chwilę liczy coś pod nosem, po czym kiwa głową.

Kamil: Ano faktycznie. Ale o co tyle rabanu?

Kicia: Nooo... bo to fajne jest, nie? Zamieniliśmy się miejscami, hehe. Super, co nie?

Kamil (przyglądając mu się sceptycznie): Wiesz co, Maciuś?

Kicia (z zainteresowaniem): No?

Kamil: Ty to chyba za dużo z Pietrkiem przebywasz.

Kamil obraca się do niego plecami i idzie spać dalej, a Kocur po odbębnieniu pięciominutowego zawiasu wraca do nołlajfienia.




POSTLUDIUM

Późny wieczór, Walti przechadza się niespokojnie po arenie skoczni. Nagle z cienia wyłania się jakaś postać i podchodzi do niego od tyłu.


Borek: Cieszę się, że przyszedłeś.

Walti (podskakując strachliwie): Ach to ty! Bo już się bałem, że na spotkanie z jakimś duchem przygnałem.

Borek: Walti... Muszę ci coś powiedzieć. Proszę, wysłuchaj mnie uważnie. (bierze głęboki oddech) Wiem, że tęsknisz za Miranem, ale niestety musisz pogodzić się z tym, że jego już tutaj nie ma. Jestem za to ja i obiecuję ci, nie będę próbował zająć jego miejsca - Szaman Wiatru jest tylko jeden i jest nim Tepes. Ja jestem tylko mierną podróbką. Ale jeśli to całe przedsięwzięcie ma się udać, musimy się zacząć dogadywać. Nie możesz uciekać przede mną, Walti, jasne?

Walti (kiwając głową): Dużo o tym myślałem i do decyzji dojrzałem. E_A mnie już uprzedziła, że osoba twa jest bardzo miła. Serce me do Mirka bardzo tęskno wzdycha, ale taka już niestety ma pokuta. To za złe wiatry Polakom słane, serce me niegodne zostało pokarane. Teraz jednak się zaczyna epoka nowa, będzie całkowicie przełomowa. Ramię w ramię z nowym przyjacielem u boku stanę do boju, że od ciebie stronię już nigdy na myśl nie przyjdzie nikomu!

Borek (wzruszony dogłębnie): Czy... czy to znaczy, że... że jestem teraz twoim przyjacielem?

Walti poczyniwszy dramatyczną chwilę przerwy w końcu krótko kiwa głową, a Borek rzuca mu się na szyję, zalewając się łzami.
Kurtyna opada, damy w pierwszych rzędach szlochają wzruszone w chusteczki.



KONIEC AKTU IV









Ech. 
Myślałby kto, że jak się Walti z Borkiem dogada, to już będzie z górki, c'nie?
Haha. Niedoczekanie. Przecież te głąby nie dadzą sobie beze mnie rady!
Choć będą musieli od czasu do czasu. Ja ich niańczyć wiecznie nie będę!
A teraz czas Turniej Całkowitego Skonania. 
Czy jak to tam leciało...

***&***